top of page

Chchchchanges


Siedzę na kanapie wynajmowanego mieszkania i wzdycham patrząc na torby czekające na pakowanie.


Z końcem lutego kończy się dla mnie era. Po 7,5 latach opuszczam warszawską Pragę Południe, w szczególności ulubiony Grochów i wszystkie znane mi okoliczne kąty: alejki Parku Skaryszewskiego, które codziennie przemierzam z psem (a od niedawna oswoiłam się z nimi na tyle, że zaczęliśmy w nim uprawiać jogging), Biedronkę i sklep-co-3-razy-zmieniał nazwę (ML aka Big Market aka Corten) na skrzyżowaniu Kinowej i Waszyngtona; wszystkie pobliskie knajpki, których nie było tu gdy się wprowadzałam, znane tramwaje i autobusy nocne, oraz Pańcia z Warzywami, co odkładał dla mnie wiejskie jajka i można mu było donieść gotówkę (stragan czynny we wtorki, piątki i soboty na trasie do parku).


Kończy się też era wspólnych śniadań i dzielenia się obowiązkami zwierzęco-rodzicielskimi z Kasią, moją byłą wieloletnią partnerką - lecz nadal najbliższą mi osobą, której zawdzięczam swoją stabilność i spokój ducha w ostatnich miesiącach oraz dużą dozę samorozwoju w ostatnich latach.


Po raz kolejny wyłania się cykliczność zmian. Tym razem to kolejna duża zmiana - w ubiegłym roku po 7 latach zmieniłyśmy charakter relacji z Kasią, w tym - również po ~7 latach - zmieniam miejsce zamieszkania.


Takim właśnie dużym zmianom dedykowana jest idea "sabbatical leave" (urlop szabatowy), na którym obecnie jestem. Jego nazwa pochodzi od roku szabatowego (inaczej "szmita") przypadającego co 7 lat, w którym między innymi uprawną ziemię zostawia się samej sobie, a wierzytelności są odpuszczane.


Do urlopu szabatowego podchodzę holistycznie. To dla mnie ważny czas, tym bardziej, że ostatnie miesiące pracy zawodowej nałożyły się z moim poczuciem gotowości do zmian - lecz zupełnym brakiem na nie czasu i energii.

Ekstensywne obowiązki projektowe nie dawały przestrzeni na to, do czego się rwałam, a ja wierzgałam jak koń w blokach startowych, które ktoś w perfidny sposób ciągle trzymał zamknięte.


W końcu bloki opadły i przestrzeń powietrzną stadionu życia przerwał strzał. Świdrujący pocisk zniknął w przestworzach, przerywając popołudniową cup of tea dwojga zantropomorfizowanych gołębi wylegujących się na chmurze (nie mylić z wylęgiwaniem się, to dorosłe gołębie).

Próbuję temu momentowi nadać sens, który go uwzniośli i przez to umożliwi tranformację przyziemności w lekkość bytu, ale wiem że to zmiana z kategorii "pójście do pierwszej klasy szkoły ______" (tu wpisz nazwę dowolnej szkoły, którą kończyłoś). Ta zmiana musi się wydarzyć i się wydarza. Simple as that. Wszystko, czego miałaś się nauczyć, już się nauczyłaś; teraz możesz budować na tym doświadczeniu, ale musisz ruszyć do tego tańca, bo inaczej będziesz się cofać.


Jest to więc nostalgia za pewną wygodą, znajomością co-gdzie-kiedy, stabilnością. To, co odróżnia tę zmianę od innych, jak tylko-przeprowadzka, albo tylko-rozstanie [sic!], albo tylko-zmiana pracy, to jej niemal absolutna carta blanca - zaczynasz nową szkołę i nie wiesz ani kogo spotkasz, ani jak ci tam będzie.


Tę szkołę zbudowałam sobie sama, to moja własna szkoła życia. Wszystko, czego się do tej pory o sobie nauczyłam - to mój plecak; moje wybory - moim nowym planem lekcji; moje ograniczenia i Karma - moimi starymi-nowymi Nauczycielami. Pozostaje mi wiara w ich wyrozumiałość, uważność na wszystko co będą chciały mi powiedzieć, i zaufanie. Everything in its right place, jak śpiewało Radiohead.


A jednocześnie idzie wiosna i serce bardzo, bardzo chce się zakochać, i rozrywa, rozprasza, odciąga, testuje. To Serce będzie właśnie największym egzaminatorem w tej nowej szkole.


To będzie bardzo ciekawy rok.


129 views0 comments